Warning: file() expects parameter 2 to be long, string given in /web0142.php on line 20

Warning: Division by zero in /web0142.php on line 22
 
e-łoś
strona główna | encyklopedia | ciekawostki | galerie | przyjaciele e-łosia | księga gości | ankieta | linki | kontakt
łoś
systematyka łosia
łosie w Poznaniu
Dolina Łosiowa
łoś w innym języku
Alaska: statystyki łosia
łosiowe multimedia
łosiowe gry
kiedy polować na łosie dla dorosłych
mózg łosia (po angielsku)
pies na łosie - Elkhund
Rocky i Łoś Superktoś
słówka łosia
łoś to też samolot
test łosia
łosie rogi
Łosie
łosiowe błota
Łosiów
zdechłe łosie dla dorosłych
łoś na ścianie
łosiek, opowiadanie Grzegorza Buchwalda
łowcy wilków (fragment o łosiu)
o łosiu w literaturze dziecięcej
o łosiach w naszym życiu
naznaczony łoś
czekolada z łosiem
świąteczne serwetki z łosiem
łoś na wystawie Expo 2000 w Hannoverze
łosia kącik kulinarny dla dorosłych
łoś z Dziuplidla dorosłych
gonili łosia po mieście
łoś zabity w Dębicy
łoś na cytadeli
tragiczne zderzenie z łosiem
łoś miejski
łoś nie przeżył zderzenia z samochodem
łosie koło Mysłowic
łoś ocalony z bagna nie żyje
łoś nie przeżył kolizji
łosie na drodze
nad Biebrzą łoś jak na dłoni
urok grajdołka
"instynkt myśliwych" dla dorosłych
uwaga na pijane łosie!
polowania na łosie dla dorosłych
Czarny Łoś
Krystyna Konarska-Łosiowa
Jan Nepomucen Łoś
Feliks Antoni Łoś
Włodzimierz Łoś

dla dorosłych dla wrogów łosi

"łosiek", Grzegorz Buchwald


Wzruszył ramionami.
- To nie możliwe by istniało takie stworzenie.
- Mówię ci! Istnieje! Nie widziałem go co prawda, ale opowiadał mi o nim Mikroks z Siódmego Osiedla. Wrócił niedawno z Galaktyki Szkrubaka, gdzie odkryto podobno zamieszkały układ słoneczny. Tam zaraz układ; ot jedną planetkę krążącą wokół niemrawego słoneczka.
- I rzeczywiście jest tak oddany jak mówią? - Poczuł się zaskoczony. Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie. Zdawało mu się, że jest pierwszy, który dysponuje najnowszymi danymi z wyprawy do Galaktyki Szkrubaka. W końcu Mikroks był jego sąsiadem przez ścianę. Mało to dziur wyskrobali razem? Zdawało mu się, że wie pierwszy i że to on pierwszy będzie siał plotkę, a tymczasem został uprzedzony.
- Tak! Nie tylko oddany, ale tak inteligentny, że nie chce się wierzyć, by od tysiącleci ich cywilizacja tkwiła w epoce kamienia łupanego, bowiem w momencie kiedy go "brali" wszędzie wokół niego porozrzucane były kije i kamienne topory. Przyłapali go chyba na odprawianiu jakiegoś rytuału. - Odpowiedział odruchowo choć wszystkie jego myśli koncentrowały się na tym, co za kulas szybciej od niego zdobył informację i siał teraz plotkę. - To nie wiesz? - dodał ku pognębieniu.
- No... - wyraźne wahanie. Nadzieja napowrót powróciła w jego serce, a wypowiedzenie sakramentalnego "to nie wiesz" sprawiło mu więcej radości niż giglanie przez dziurę sąsiada. - No... - ten zaczął na nowo - wiem niewiele, nic prawie, nic na to nie poradzę. Moje źródła nie są jeszcze tak dobre jak bym sobie tego życzył. Tu i ówdzie wyskrobałem dziurkę ale to za mało, nie da się jeszcze wiedzieć wszystkiego... Więc nie widziałeś GO? - zaprzeczenie. - Ale twoje informacje są pewne?
- Jak najbardziej!! Czy zdarzyło się bym rozsiewał fałszywe plotki? Nigdy!! Nigdy nie byłem skazany na celę bez dziurek! Zdarzało się, że zamykano mnie w celi z dziesięcioma, bywało i z siedmioma dziurkami, ale bez dziurek! Nigdy! - zełgał gładko, to w końcu też była sztuka.
- Więc twoje informacje są pewne?
- Tak pewne jak informacje kogoś, kto wie, ale nie widział.
- To już coś, ale wiesz jak łatwo przejechać się na takiej informacji? Wiesz?
- Wiem, ale jeśli to prawda, to warto zaryzykować rozsiewanie. Przyznasz?
- Przyznam.
- Twierdzisz więc, że to co sam wiem, to mniej niż ty wiesz, a i to jest tylko zasłyszane?
- Nie da się temu zaprzeczyć, ale i tak gra jest warta świetlika.
- Cóż więc mówił Mikroks? - czujnie się rozejrzał, nasłuchiwał. - Jesteś pewien, że ktoś obcy nie wyskrobał tu gdzieś dziurki?
- Tu miałyby ktoś obcy wyskrobać dziurkę? - Zawahał się jednak. - Mógłby właściwie. Nigdy nie wiadomo gdzie kto dziurkę wyskrobie, ale cóż nam to może zaszkodzić? Najwyżej ktoś jeszcze się dowie.
- Zatem co przywiózł Mikroks?
- Jak już wspomniałem przywiózł okaz. Stworzenie nie z tej ziemi!
- No to chyba oczywiste...
- Wyobraź sobie, że udało im się złapać tylko tego jednego, a co ciekawsze, udało im się go całego i żywego dowieźć tutaj...
* *

Zruk uchylił powieki. Niebo w otworze pieczary było jeszcze czarne, ale był pewien, że coś usłyszał. Przez chwile wpatrywał się czujnie w mrok na zewnątrz, a ponieważ dźwięk, który zdawało mu się, że słyszał nie powtórzył się, ani nie trwał, przeciągną się leniwie. Legowisko było ciepłe. Ciepłe było również ciało Hary obok której położył się wieczorem. Już chciał ją wziąć ale rozmyślił się. Nagle coś w nim drgnęło, jakieś nieznane uczucie i zamarł pochylony nad nią podziwiając jej różowe, niemal czerwone w łunie dogasającego ognia ciało. Zatrzymał dłoń, która miała ją przytrzymać, gdy on będzie robił swoje. Po chwili opuścił ją delikatnie i dotknął jej głowy. Zamruczała. Przeciągnął dłonią po jej włosach, ramieniu, drżące palce ominęły piersi i opadły na żebra, by zatrzymać się w końcu na biodrze. Westchnął. I tak musi wstać. Mięso się kończy, a od wielu dni nie udało im się niczego upolować.
- Idziemy, idziemy!!!! - krzyknął chrapliwie w swoim prostym języku, w którym tyleż było słów, co gestów, przy czym te pierwsze niosły tylko informacje, te drugie uzupełniały informacje o uczucia i to, czego nie potrafił wypowiedzieć za pomocą prymitywnego języka.
Jedni zrywali się jak oparzeni, innych musiał zdzielić kijem, ten i ów warknął, ale nie odważył się rzucić na Zruka. Mieli dwa wyjścia: opuścić stado albo żyć w nim dopóki Zruk nie straci zdrowia lub się nie zestarzeje, był bowiem z nich najsilniejszy i najmądrzejszy.
- Idziemy, idziemy!!!! - krzyknął ponownie wskazując na wyjście z jaskini. Tym którzy warczeli szybko przechodziła złość. Zruk nie przejmował się nimi. Miał autorytet, a tych którzy mogli mu zagrozić czy siłą, czy podstępem, pozabijał dawno temu lub odprawił. Pozostali byli dobrymi towarzyszami i ufał im na tyle, na ile pozwalał mu na to jego instynkt.
Poruszali się ciszej niż wilki, których bali się chyba najbardziej, bo skoro im brakowało pożywienia, a żyli, to oznaczało, że dla drapieżników sami są chodzącym pożywieniem. Sprawdzali kolejno zastawione od wielu dni pułapki. Niestety, były puste. Dzień mijał wolno, a oni byli coraz bardziej zmęczeni. Za chwile dotrą do rzeki.
Zruk prowadził prosto do brodu. Czasami płynąca woda przynosi małże, czasami udaje im się złowić rybę. Nie łatwo złowić rybę. Zruk często łamał sobie głowę co zrobić by upolować ich więcej. Czasami udawało się złapać jakąś gołymi rękami, czasami ugodzona upalonym kijem wypływała na wierzch ale większość z nich umykała.
Zruk zatrzymał się gwałtownie. Po lewej śmierdziało bagno lecz to nie ono zwrócił jego uwagę. Pozostali również zatrzymali się nasłuchując. Jak na komendę wszyscy ruszyli w kierunku źródła dźwięku. Pobekiwanie było coraz głośniejsze, coraz wyraźniej słychać było mlaskanie błota pod ich stopami.
- Stać! - Między gałęziami można już było zobaczyć, co tak beczało. Głębokie ślady jakiegoś zwierzęcia prowadziły wprost w kierunku trzęsawiska. Rozwleczone leje zalane były do połowy wodą i rzadkim błotem, i prowadziły do wystającej z bagna połowy płowego korpusu z wielkim rogatym łbem. Ostrożnie podeszli bliżej.
- Łoś! Jedzenie! Święto! Jak go zdobyć? - Ten i ów zrobił krok do przodu jednak odskakiwał kiedy stopa niespodziewanie zaczynała tonąć. Na ich widok zwierzę szarpnęło się kilkakroć, jednak po chwili uspokoiło się; zdać by się mogło, że zapatrzone w kręcące się opodal sylwetki wręcz wypatruje pomocy. Nie wie, że nawet jeśli nie utonie w bagnie, to utonie we własnej krwi, i że tak czy inaczej jego los jest przesądzony.
- Zabijmy go i wypijmy jego krew - odezwał się ktoś i zaraz tego pożałował. Trzepnięty kijem w łeb spoglądał teraz na świat jednym okiem wystającym spod oplecionych wokół tętniącego guza ramion.
- Idź pierwszy Poczwaro! Jeśli go zabijemy w bagnie nie wyciągniemy go nigdy i jak wtedy nakarmimy swoje kobiety i dzieci? Najpierw musimy mu pomóc wyjść, a potem, o ile nas wystarczy, możemy go zabić. - Zruk rozejrzał się wokół siebie. Denerwowali go drepczący nerwowo towarzysze zapatrzeni w moczące się w bagnie pieczyste. "Aż ślinę toczą" - z pogardą zauważył Zruk. Rąbnął ich po grzbietach kijem i ryknął
- Naznosić mi tu gałęzi! - Na chwilę oniemieli. "Myślą pewnie, że kiedy oni będą zbierać gałęzie ja zeżre całego łosia". Warknął na nich groźnie - Jeśli który wróci mi z naręczem, spod którego będzie widać mu cokolwiek poza oczami, to osobiście utopię go w bagnie. Skończyłem! - znów warknął i ponownie zamierzył się kijem. Każdy wiedział co do niego należy. Ci do których mówił rozpierzchli się. Hrag i Rwu zostali. Stali nieporuszeni zapatrzeni w ugrzęzłe w bagnie zwierzę. Wiedzieli, że na nich nigdy nie spadnie kij Zruka, i że nie do nich była ta mowa. Zruk stanął pomiędzy nimi. Nie byli najsilniejsi jednak dorównywali mu rozumem. On był siłą za nich, a oni byli jego najlepszymi towarzyszami. Tworzyli zespół, w którym tkwiła jego prawdziwa moc, a tym samym stada.
- Wiesz, że dzięki gałęziom zdołamy jedynie podejść do niego? On nie wyjdzie; tkwi zbyt głęboko.
- Wyjdzie. Chce żyć i będzie się starał, a my mu pomożemy. Chodźmy.
Odwrócił się i ruszył ku zaroślom. Wyłamali trzy długie, rozwidlone brzózki. Za pomocą kamiennych toporów ociosali je z gałęzi, a następnie spletli na końcach spore pętle.
- To się nie uda...
- Masz lepszy pomysł?
- Nie.
Po pewnym czasie zaczęli wracać pozostali. Minęło sporo czasu i jeszcze wielokrotnie trzeba było wracać po naręcza gałęzi nim Zruk uznał, że wystarczy i przestał ich tłuc kijem. On pierwszy wszedł na wysłaną drobnymi gałązkami ścieżkę. Zwierze szarpnęło łbem ale wnet się uspokoiło. Zruk zręcznie założył mu na kark trzy pętle i nagle zwątpił. Bez słowa ruszył ku kępie krzewów i wyrąbał jeszcze jedno narzędzie, coś w rodzaju bosaka. Za jego pomocą wyłowił z błota przednie kopyta łosia i ustawił je na brzegu chruścianej ścieżki. Walka z bagnem o ofiarę trwała pół dnia nim łoś staną w końcu o własnych siłach na drżących nogach.
- Jeśli który puści pętle będzie się piekł wieczorem nad ogniskiem miast niego - tu skinął na oblepionego błotem stwora. Ludzie jak jeden złapali za żerdzie i napięli mięśnie. Zruk ujął nabitą odłamkami skał maczugę i podszedł wolno do zwierza. Łoś był słaby ale jeden gwałtowny ruch Zruka lub któregoś z jego towarzyszy mógł wyzwolić w zwierzęciu zapas energii wystarczający, by cała grupka myśliwych znalazła się wraz z nim na powrót w błocie.
Zwierze poczuło coś. To nie wzniesiona do ciosu maczuga ani otaczający go ludzie sprawili, że jakaś dzikość pojawiła się w jego oczach. Zruk również to usłyszał. Warkot narastał i to był ten sam dźwięk, który obudził go rankiem...

* *
- Tak, to zaiste niebywałe! O ile wiem nigdy jeszcze nie udało się dowieźć żadnej z tych pokrak z innych światów. Zawsze coś szło nie tak. Pamiętasz jak raz Firduk z Trzeciego Osiedla przywiózł krzemowca? Akurat skończyłem skrobać dziurkę pod jego sypialnią kiedy przyleciał. Nałapali jakichś stworów, wszystkie zdechły nim wystartowali, bo okazało się, że są wrażliwe na zmiany pola grawitacyjnego. Jednego truposza przywieźli do badań resztę rozpylili na atomy i wypuścili w Przestrzeń.
- To prawda, albo jedzenie nie takie, albo atmosfera nie taka, albo nie przeżywają Snu. Tego jednak przywieźli całego i zdrowego. Nawet udało im się go nie zagazować. Kiedyś słyszałem, że jakaś wyprawa też odkryła planetę węglowców oddychających tlenem. Już nie pamiętam dokładnie składu atmosfery, ale tlenu było tam raptem osiemnaście, czy dziewiętnaście procent, jak u nas. Niemniej to tlen był tym czego najbardziej potrzebowały te istoty, więc kiedy skończyły się zasobniki z powietrzem atmosferycznym pobranym dla tych stworzeń z ich rodzimej planety, ktoś wpadł na genialny pomysł: skoro potrzebują głównie tlenu, to dajmy im czystego tlenu i już.
- He, he, he!!
- No, dokładnie. Stworzonka najpierw się zaśmiały, a potem pozdychały. O tego jednak zadbano szczególnie i dowieźli go całego, zdrowego, a co najważniejsze żywego. Jest podobno śliczniusi. Mikroksowi sięga gdzieś do czwartego segmentu. Słyszałem, że zrobił z niego swoją maskotkę i wszędzie z nim chodzi. Okazało się bowiem, że stworzenie to toleruje naszą atmosferę.
- Ale nikt tego nie widział?
- Przecież wiesz, że skrobanie dziurek do podglądania jest zakazane.
- Czasami żałuję, że nie można tego i owego podejrzeć...
- Ja też, ale takie jest prawo i nic na to nie poradzisz. Chyba, że nie boisz się spędzić kilku cykli w celi bez dziurek.
- Niekiedy tak mnie kusi, by mimo wszystko zaryzykować.
- Mnie, przyznam, też; szczególnie teraz. Zastanawiam się, czy zrobiłoby mi jakąś różnicę zobaczyć go teraz i odsiedzieć kilka cykli, czy czekać kilka cykli i dać się zżerać ciekawości.
- Ja też się zaczynam nad tym zastanawiać....
- Skrobiemy?
- Skrobiemy, a co nam tam...

* *
- Okropieństwo. Nigdy nie czół takiego bólu głowy. Poza piskiem w uszach i mgłą przed oczami nie słyszał ani nie widział niczego. Wykrzykiwał imiona przyjaciół bowiem zdawało mu się, że widzi zarysy jakichś postaci przesuwających się wolno w mlecznym oparze i pochylających się nad nim, jednak jego głos wiązł jeszcze w jego ustach jakby próbował krzyczeć pod wodą. Poddał się. Legł bezwładnie na plecach i kontemplował swoje cierpienie. Starał się sobie przypomnieć gdzie jest i jak się tu znalazł. Obrazy w jego głowie zaczęły pojawiać się bardzo wolno. Jaskinia, mrok, kobieta, wyprawa, jakieś zwierze taplające się w błocie... nie, to było bagno, a jego otaczali myśliwi z jego stada.
- Hrag, Rwu... - nie usłyszał swego głosu. Jakieś postacie głębiej pochyliły się nad nim. Jakieś nabrzmiałe głowy jakaś plątanina wiotkich kształtów niczym gałęzie Starego Dębu kołysały się nad jego głową, tyle, że teraz nie oddawał się rozmyślaniom pod Starym Dębem, tego był pewien. Znów wytężył umysł. Przypomniał sobie łosia stojącego na ścieżce wyłożonej gałązkami. "To muszą być majaki. Łoś na ścieżce z chrustu?" Ujrzał ciężka maczugę w swoich dłoniach i nagle odzyskał pamięć. Jakiś warkot nasilał się w jego pamięci i przechodził w pisk. Przypomniał sobie jak krzyczał: "Niebezpieczeństwo!! Uciekać bo pozabijam". Bali się go nawet kiedy nie trzymał maczugi. W jednej chwili plac zmagań o jedzenie dla stada opustoszał. Został sam. Najpierw był ciekaw co robi taki hałas i by to zobaczyć został. Potem jednak, kiedy chciał uciekać - nie mógł. Jakaś siła sprawiła, że jego ruchy stały się powolne i ociężałe. Oddalał się wprawdzie od łosia ale wiedział, że za wolno. W następnej chwili znalazł się na skraju oślepiającego blasku, którą mógł porównać jedynie do grubego na kilkanaście kroków pioruna. Piorun warczał i zgrzytał wokół niego, a on przewrócił się w końcu. Był ślepy i głuchy, i czuł, jak jego ciało unosi się w górę, a potem gdzieś spada.

* *
- Jak myślisz, długo jeszcze będziemy skrobać?
- Czy ja wiem. Myślę, że jesteśmy już blisko.
- Dobrze to przemyśleliśmy?
- Chcesz się wycofać?
- Nie, nie chcę się wycofać, po prostu nie jest jeszcze za późno... - Odgłos skrobania ustał.
- To już nie jesteś ciekaw?
- Jestem. - Zgrzytanie znów się rozległo, a po chwili dołączyło do niego drugie.
- Mam nadzieję, że widok będzie wart trudu i ryzyka. Dawno już nie skrobałem dziurki do podglądania...
- Chcesz powiedzieć, że podglądałeś już kiedyś?
- O tak, dawno temu, kiedy byłem jeszcze młody.
- I nie przyłapali cię?
- A nie przyłapali, a nawet gdyby, to warto było.
- A cóż takiego podglądałeś?
- A zakochałem się...
- Mhm - zabrzmiał odgłos wyraźnego zrozumienia. - Ja jeszcze nigdy... To mój pierwszy raz.
- Kiedyś musi być pierwszy raz, inaczej cele bez dziurek świeciłyby pustkami.
- Nie strasz mnie! Teraz i tak się już nie wycofam.
- Zdaje się, że zaczynam się przebijać. Bądź ostrożny, bo zdaje się, że zza ściany dobiega jakiś hałas.
- Za późno. Już się przebił em.
- I co? Bezpiecznie? - nie było odpowiedzi...
* *
Zapach był dziwny. Nigdy się z nim nie zetknął. Istoty, które pierwszy raz widział na oczy nie rzuciły się na niego, krążyły wokół niego jak sfora wilków. Nie ufał im, wszystko jednak wskazywało na to, że nie chcą mu zrobić krzywdy. Bał się. Śmierć była blisko. Każda cząstka jego ciała przesiąkła przerażeniem z obawy przed nią. Krzyczał jak mógł najgłośniej by ją odegnać, lecz czół, że go pochłania. Wolałby wziąć rozpęd i grzmotnąć łbem w pień drzewa. Cóż... słabł; jednak strach przed śmiercią nie tylko nie słabł, lecz wręcz odwrotnie - stawał się coraz silniejszy. Wtedy pojawili się oni. Początkowo zdało mu się, że to wilki. lecz wilki już widział i czuł, ci wyglądali inaczej, pachnieli inaczej, poruszali się inaczej jakoś nie tak jak one, wyglądali jakby próbowali sięgnąć księżyc. Wtedy właśnie do poprzedniego strachu dołączył inny, bardziej nazwany, lecz wkrótce minął, a ulga, jak cofająca się fala jeziora, zabrała część tego wcześniejszego strachu, bo w końcu wilki dawno by go zeżarły, a tymczasem on ciągle żył jeszcze... >/div>

* *
Przed jednym z jego ócz rozgrywała się nader ciekawa scenka. To co dostrzegł wyskrobawszy dziurkę, bardziej poważną, bo do podglądania a nie tylko do podsłuchiwania, zamurowało go. Teraz był już pewien, że cokolwiek spotka go dalej warte było tego strachu, obaw i trudu. Oto za Mikroksem, po jego własnym pokoju ganiało jakieś stworzonko, którego jak żył trzy i pół tysiąca cykli nigdy na swej planecie nie widział ani nawet nie słyszał o czymś takim, o co było tu raczej trudno, a zatem nie mogło należeć do jego świata. Nie było wątpliwości: doskrobali się do właściwego miejsca i wywiercili dziurki we właściwym miejscu. Zadali sobie wielki trud, bo by coś podejrzeć, dziurka musiała mieć pięć razy większą średnicę niż dziurka do podsłuchiwania, i w dodatku musiała "przebić się" do pomieszczenia. Do podsłuchu wystarczyło się podwiercić "pod skórkę" docelowego pomieszczenia i można był podsłuchiwać do woli bez obawy wykrycia.
- Mów coś, cholera, bo zostało mi niewiele, a z ciekawości już nie mogę!!!
- To... to... kiurka, musisz sam zobaczyć! Na własne oko!
Jak zacięty biczem zaczął skrobać intensywniej. W głosie kumpla nie było strachu. Był jakieś zauroczenie, jakaś fascynacja, coś, co sprawiło, że emocje i ciekawość niemal odebrały mu zmysły. Zajadle pokonywał wapienne pokłady wydzielin pozostałe po miliardach jego praszczurów, którzy rośli, żyli wiercili i zatykali, utrzymując nieustanną równowagę między tym co wywiercone, a tym co zatkane. Pewnie, różnie to wyglądało! Raz wywierconego było więcej, raz zatkanego, ale w sumie bilans się nie zmieniał. Niemal nie poczuł kiedy nagle ostatnia warstwa skały puściła. Oko wyskoczyło w pustkę mniej skrycie niżby sobie tego życzył i zamarło oniemiałe. Oto za Mikroksem, po jego własnym pokoju ganiało jakieś stworzonko, którego jak żył osiem i pół tysiąca cykli nigdy na swej planecie nie widział. Mikroks podskakiwał i popiskiwał podwijając segmenty jak mógł najprędzej, co nie zawsze udawało mu się uczynić w porę. Najwyraźniej uciekając pokonał jeden, drugi, w końcu trzeci załom pokoju, i w przerażającym tempie zblili się do jego oka. Stworzonko czas do czasu doganiało Mikroksa , dotykało go z pozoru delikatnie na wysokości trzeciego segmentu, wówczas to Mikroks popiskiwał gwałtownie przyspieszając i wykonując przy tym coś, o czym, jak się powszechnie zdawało, jego rasa dawno temu zapomniała; otóż wykonywał wówczas jakiś dziwny podskok ulegając jednocześnie gwałtownemu przyspieszeniu. Gdyby nie widział nie uwierzyłby, że przedstawiciele ich gatunku mogą rozwijać taką szybkość nawet na prostych nie skądże na krzywych.
Osłupiały ze wszystkiego: i ze śmiechu, i ze zdziwienia, i z ciekawości rozwoju sytuacji, zapomniał o własnym oku, które Mikroks jednym zadziwiającym susem odruchowo przeskoczył nie zastanawiając się nawet nad tym, co to było. Stworzonko pomykało cały czas za nim, lecz w przeciwieństwie do niego dostrzegło niespodziewaną przeszkodę i zatrzymało się gwałtownie. Jego oko ujrzało widok, którego cały czas pożądał, lecz który zaskoczył go swą oprawą w sposób, który odebrał mu na moment zdolność ulegania szybkim i prawidłowym reakcjom - zamarł. Oto stanął oko w oko ze stworzeniem pięknym i gładkim, poruszającym się na czterech jednosegmentowych odnóżach. Z pozoru malutki łepek tego stwora nagle zaczął olbrzymieć. W końcu stanął nim oko w oko. Po chwili stworzonko zaczęło gwałtownie się oddalać... "Durny Mikroks, czego się bał..." Stworzonko jednak nagle zatrzymało się, pochyliło swój dziwny łeb z dziwnymi rosochatymi segmentami rozchylającymi się na boki i nagle zaczęło biec kierunku jego oka. Za późno zrozumiał dlaczego Mikroks tak pomykał parę chwil temu po swoim pokoju jak zakochany Bęcwol pomyka za kretyńskim Motylkriem.
Ból by koszmarny, ale czy to pierwsze albo ostatnie oko które stracił?...
e-łoś by wojtek nowak
2000 - 2008
wstecz powrót na górę