Polowania na łosie 
Polowania na łosie
Szwedzi nie używają w swoim potocznym języku słowa "jesień". Dla nich istnieje tylko czas przed polowaniem na łosie i po polowaniu na łosie Okres od października do końca listopada to w Szwecji czas szczególny. Prawie wszyscy mężczyźni i wiele kobiet biorą wówczas w pracy wolne i idą w las na spotkanie ze zwierzyną, a ściślej z łosiami. W fabrykach brakuje rąk do pracy, w firmach maleją obroty.
Godziny czekania
Na polowanie wstaje się wcześnie rano, około piątej. Dla prawdziwego myśliwego pogoda nie jest żadną przeszkodą. Deszcz czy śnieg, mróz czy wiatr, nic nie jest w stanie zatrzymać go w domu. Charakterystyczny strój myśliwego jest w kolorze zgniłooliwkowym. Do tego koniecznie wysokie gumowe buty, przyczepione do spodni noże i anteny od radia wystające z kieszeni kurtki. Obowiązkowa jest też pomarańczowa czapka lub specjalna fosforyzująca przepaska.
Stanąć na kole
Miejscem spotkania myśliwych, którzy zazwyczaj gromadzą się w 30osobowych grupach, jest parking leśny blisko ustalonego rejonu polowania. Przewodniczący związku łowieckiego lub po prostu wybrana osoba ma za zadanie rozpocząć polowanie. Wita wszystkich zebranych, każe ustawić się im w kole, a następnie, trzymając w ręku talię kart ułożoną w wachlarzyk, daje każdemu z polujących wyciągnąć jedną. Na karcie czarnym markerem napisane są duże cyfry. To właśnie numery stanowisk, na których czeka się na łosie. Po sprawdzeniu na mapie, gdzie dane stanowisko się znajduje, zebrani jadą tam swoimi samochodami. Średnio na jeden rejon przypada czworo ludzi. Sta nowiska położone są od siebie o jakieś dwieście, trzysta metrów, tak żeby, jeśli jest to płaski bezleśny teren, można było widzieć się nawzajem. Drogę do stanowisk wskazują pomarańczowe wstążeczki zawiązane na gałązkach. Oznakowaniu stanowiska służy niewielka, prawie niewidoczna tabliczka z numerem wciśnięta w ziemię. Myśliwy siada w takim miejscu na krzesełku turystycznym, po czym zwykle rozpala ogień dla ogrzania swoich zmarzniętych stóp lub po prostu dla zabicia czasu. W końcu musi siedzieć bez słowa i gwałtownych ruchów około trzech godzin. Może nasłuchiwać radia, ale oczywiście tylko przez słuchawki. Po upływie tego czasu jest przerwa na posiłek, gdzieś z dala od rejonu polowania. Można ogrzać się przy ognisku, napić gorącej herbaty i wymienić spostrzeżenia z innymi uczestnikami grupy. Potem następuje kolejne losowanie i zmiana terenu. Dalej scenariusz jest taki sam: odszukanie wylosowanego miejsca, nabicie strzelby i czekanie. Ci, co mają trochę szczęścia, doczekają się w końcu spotkania z łosiem. Dziennie udaje się to średnio dwóm osobom. Takich losowań i zmian stanowisk jest od dwóch do nawet czterech. Nierzadko więc polowania kończą się dopiero późnym wieczorem.
Drogi rarytas
Po łowach trzeba jeszcze zabrać z lasu zastrzelone łosie. Wykorzystuje się do tego małe wozy drabiniaste, które ciągnie wielki motor z trzema kołami owiniętymi łańcuchami. Następnie trzeba przenieść łosia na lawetę uczestniczy w tym nawet i ośmiu mężczyzn (samiec może ważyć nawet 650 kg), po czym laweta odjeżdża do miejsca, w którym oporządza się upolowaną zdobycz. Zdziera się skóry, obcina głowy, a potem konserwuje mięso i wiesza je na hakach. Głowy i skóry należą do tych, którym udało się zabić łosia. Tylko mięsem dzielą się wszyscy po równo. Każdy myśliwy dostaje jakieś 50 kg dziczyzny. W tym roku, jako że połów był wyjątkowo udany, przydział wynosił 80 kg.
Niebo w gębie
Mięso łosia ma niezbyt przyjemny zapach, sprawia wrażenie, jakby było już zepsute. Smakiem nie różni się od wieprzowiny albo cielęciny, chociaż jest dużo mniej tłuste. Pewnym paradoksem jest to, że mimo iż polowania w Szwecji są bardzo popularne, tylko myśliwi i ich bliska rodzina mogą do woli rozkoszować się smakiem łosiego mięsa. W sklepach bowiem jest ono nawet trzy razy droższe od innych gatunków mięs.
Ewelina Danila, Gazeta Wyborcza, sobota 11.01.2003
|